2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
Moje:
Cudze:
Czytam:
Tinian
Intimity
Private
Yuki/Doti
Ritalounge
Fiona
Mi-In-Ind
03249
sheet-of-paper
Tak to wygląda
Weź to poczuj
Silly Sausage
Gap year- co to jest?
Ano jest to angielska nazwa, jak to zresztą widać, która zakłada w sobie pojęcie: pomiędzy liceum a studiami młody człowiek bierze sobie rok wolnego i robi podczas niego co tylko dusza zapragnie.
Ja:
Lat: 21
Kraj: Belgia
Dlaczego zdecydowałam się na taki wyjazd? Ponieważ chcę doświadczyć czegoś innego w życiu, jak tylko polskiej codzienności. Chcę się oderwać od niektórych ludzi, poznać kogoś, kto oceni mnie nie po tym, co usłyszał od znajomych. Poza tym, chcę wypełnić sobie czymś CV i poznać ten język...
Pytania? Pomoc? wanda.onys[at]gmail.com
Link 25.01.2009 :: 13:29 Komentuj (4)
Sesja była i minęła. Poszło w miarę, chociaż znowu się pożarłam z profesorem od scenariusza w związku z moim ostatnim komiksem na temat bezdomnego (można zobaczyć tu: http://dalvia.blogspot.com). Niektóre wyniki mam, ku mojemu zdumieniu, filozofia poszła śpiewająco, jestem więc z siebie dumna. 6 dni pracy nie poszło na marne.
Nowy rok spędziłam beznadziejnie, było cholernie nudno, uciekłam z imprezy ok. 1:30 nad ranem. Imprezy, ha.... 3 pary, nieodłączne, nieznane mi w większości, mające kompletnie inne poczucie humory, albo jego kompletny brak. Karaoke mające piosenki Abby (to akurat fajnie) i nieśmiałe podśpiewywanie gospodyni i jej koleżanki. Jak ja się dorwałam do mikrofonu, już z niego nie zeszłam, starałam się robić szałowe koncerty (chyba nie muszę wspominać, że Bozia jednak nie pobłogosławiła mnie głosem?) z efektem beznadziejnym. W wyniku desperacji, zniknęłam. I zostawiłam aparat fotograficzny, który staram się odzyskać od tamtego dnia... fajnie, nie?
Poza tym, w zeszłym tygodniu z klasą i pierwszym rocznikiem komiksu, w końcu udało nam się zrobić imprezę piratów. Było BOMBOWO. Poza tym, że szanowny Mael, który myślałam, że dał mi wreszcie spokój, upił się więc ponowił swoje śmiechu warte zaloty, pękał też z zazdrości w momencie, kiedy sobie w najlepsze gadałam z kumplem (równie pijanym, co Mael...). Pękał z zazdrości pod tym względem, że nie zwracałam uwagi na jego awanse, aż w końcu zirytowana zwyczajnie na niego niemal nawrzeszczałam... biedaczek. Niech się lepiej zajmie swoją Japonką. Nota bene: biedna ona...
Do pracy wróciłam, cisza kompletna, klientów brak, nudy na pudy. Styczeń jest naprawdę beznadziejnym miesiącem. A luty... nie wiem. Ale zgaduję, że w Walentynki wieczorem będę jak najbardziej pracować. Wszystkie koleżanki wylecą na skrzydłach miłości ze swoimi mężczyznami. A ja będę musiała ścierpieć komentarze ewentualnych klientów, którzy prawdopodobnie będą starali się znaleźć swoją walentynkę w czekoladowych sklepach. Jahuu, czysta radość!
A tak kompletnie poza tym, to goszczę u siebie na dwa tygodnie mojego młodszego brata. Cieszę się tym niezmiernie, ale jednocześnie mnie cholera bierze. No ale cóż mogę powiedzieć... fantastyczny mimo wszystko z niego człowiek. Ma 16 lat, a inteligencję równą chyba Einstein'a. Tylko cholernie leniwy jest... Trzeba coś z tym zrobić.
Pozdrawiam społeczność polską!
Link 27.12.2008 :: 12:12 Komentuj (2)
Tydzień świąteczny, spędzony w Polsce, minął niezwykle szybko.
Nie udało mi się zobaczyć z wszystkimi niestety, a jak tak, to na bardzo krótko. Chociaż zdołałam pójść na łyżwy, na imprezę, wydać dwie stówy na książki, pograć z rodzeństwem w "Prawo Dżungli" i kilkakrotnie niemal się zabić przez nieporęczność. A to szklankę zbiłam, a szkło niemal do oka mi wleciało, a to nóż był gotowy odciąć mi palec u nogi, i byłabym tak samo niedorobiona jak Chandler z Przyjaciół. Ale było świetnie. I coraz bardziej jestem przekonana o moim powrocie. Ale jestem kobietą, dodatkowo blond włosą: potrafię zmienić zdanie w przeciągu kilku sekund. Póki co, super się bawię w Belgii, ale to nie to samo, co mieć szałową rodzinę i przyjaciół... bardzo za tym tęsknię.
Teraz zresztą mam perspektywę dziewięciu dni pracy i nauki. I jednak wcale tak mało nie mam do wkucia :/
Dobra... wracam do arcy "ciekawego" sylabusa z literatury. Ciekawe, czy w końcu go zrozumiem?...
Link 22.11.2008 :: 09:26 Komentuj (3)
Wczoraj oglądałam Die Hard 2. I zatęskniłam za śniegiem...
Śniło mi się, że widziałam się z moją rodziną na Morskim Oku (park na Mokotowie w Warszawie) i przyjaciółmi i że rzucaliśmy się śnieżkami, bawiliśmy jak pięcioletnie dzieci. Obudziłam się ze straszną nostalgią. Niechętnie wstałam z łóżka, wygrzebując się z ciepłej pościeli, aby wstąpić w ziąb pokoju. Kaloryfery znowu zapowietrzone, trzeba przejść się do właściciela...
Wyglądam przez okno i radość w serce wstępuje.
Pada śnieg. Lecz euforia szybko odchodzi widząc, co się potem dzieje. Padając na ziemię rozpływa się. Wzruszam ramionami i siadam przed oknem. Niechaj się rozkoszuję chociaż momentem padania białego puchu. Zapominam o zimnie
Link 19.11.2008 :: 19:24 Komentuj (1)
Po 27 miesiącach pobytu w Belgii, w końcu załatwiłam sobie ubezpieczenie...
W postanowieniach trwam.
Pracuję za dwóch i staram się nadążyć z pracą na studia.
Trzy tygodnie robienia komiksu non-stop, dwie skończone strony na tydzień teoretycznie powinnam mieć. Szykuje się zabawa na sto dwa.
Dam radę, dam radę, dam radę, nie dam się tak łatwo zniechęcić i wywalić...
Link 13.10.2008 :: 13:33 Komentuj (3)
Walę to. Idę do przodu. Nie będę pakować się w coś niepewnego, nie będę grzecznie czekać.
Nie będę też się zmieniać specjalnie dla kogoś. Jestem, jaka jestem. Jedyne hamulce muszę wprowadzić w emitowanych decybelach, ale ponoć to z wiekiem nawet zanika.
Walić wszystko. Jestem studentką, młodą, niechże się wybawię póki mogę, póki mam czas. Co mam sobie głowę zaprzątać głupotami?
Przyjaciele? Przybędą w swoim czasie. Ukażą się w najmniej oczekiwanym momencie. Radujmy się chwilą.
Ciekawe, czy tym razem dotrzymam tego wszystkiego. Ale jestem też uparta. Zobaczymy...
PS. Właśnie przeczytałam ostatni komentarz Chameleon Dance: jestem twardą babą, przetrwam dużo rzeczy. Ale to, co mam w głowie, to inna rozmowa. Za dużo myślę :P Powinnam sobie tamę mentalną założyć, co bym nie utopiła się w jeziorze myśli ;)
Dzięki za rady. Trochę przeczytane po decyzjach powziętych :P
PS2. Czytam poprzednią notę i nie mogę uwierzyć, co napisałam. Nienawidzę chwil słabości i totalnego pesymizmu...
Link 02.10.2008 :: 13:11 Komentuj (4)
To zabawne, jak jedna drobna rzecz może u Ciebie wywołać najpierw atak śmiechu, a potem płacz.
Dzisiaj włączyłam alarm przeciwpożarowy. Po raz trzeci. Jeszcze jedna pałeczka i mogę swobodnie skreślić siebie z listy zdrowych psychicznie. Oczywiście tym razem po raz enty włączyłam zły program do robienia chleba i drożdże za długo się nagrzewały. Wynik? Ciasto wychodzi poza wanienkę, spada na grzałki tej całej maszyny i wytwarza się niezwykle dużo dymu raczej mało apetycznego...
Alarm włączył się, z zapaleniem oskrzeli lecę otwierać okna i wywietrzyć dym sprzed alarmu. Po drodze przewracam szafę na buty, na której stała doniczka, która oczywiście zbiła się w drobny mak. Huku zrobiłam dużo. Kiedy alarm się wyłączył, wybuchłam dzikim, obłąkańczym śmiechem. Kiedy zaczęłam ustawiać szafę na powrót wybuchłam płaczem. Usiadłam na schodach. Dawno nie płakałam...
Nie płakałam na ślubie starszej siostry, nie płakałam, kiedy jakiś inny facet źle mnie zrozumiał, co opisałam w poprzedniej notce, nie płakałam, kiedy nie mogłam znaleźć cholernego nożyka do papieru. Byłam z siebie dumna, może w końcu mądrzeję. A jednak nie... cały stres nagle zszedł na ten jeden płacz. Stres tego, że nie umiem zrobić tego durnego chleba nie myląc się choć jeden raz (robię go w maszynie, a litość boską, czy to naprawdę musi być tak skomplikowane?!). Stres tego, że choruję i znowu będę musiała nadrobić trzy miliony zaległości na zajęciach przy okazji nie rozpłakując się prosto w twarz nauczycielom (nie mogę im okazać słabości!). Stres tego, że ja właściwie nie wiem, co się dzieje w moim życiu prywatnym i nie wiem, czego ja w ogóle chcę. Żyć chwilą, czy patrzeć w przyszłość? Korzystać, póki jest się młodym, czy kontynuować branie rzeczy na poważnie? Wkopać się w związek, który praktycznie nie ma wielkich szans, czy sobie to zupełnie darować? Co ja właściwie czuję? Czy ja mam jeszcze ludzi, których mogę swobodnie nazwać "przyjaciółmi" nie zastanawiając się, czy to prawda, i czy oni tak też o mnie myślą? Czy kiedykolwiek znajdę sobie kogoś takiego tutaj, w Brukseli? Kogoś, do kogo będę mogła swobodnie zadzwonić, wypłakać się w telefon, pogadać o duperelach? Przekroczyć tę cholerną barierę językową, która nadal radośnie macha mi ręką z daleka i wrzeszczy, że do mety daleka droga?
I dlaczego ja piszę te bzdury na blogu? Dlaczego nie potrafię założyć sobie normalnego pamiętnika i wyżalać się do siebie samej? Dlaczego do tego mi potrzebny komputer i internet? Dlaczego zawsze muszę polegać na opinii innych? Dlaczego do cholery nie potrafię być całkowicie samodzielna, bez błahych problemów, bez pretensji? Dlaczego jest jak jest?
Jestem niby szczęśliwa. Ale co to oznacza?
Każdy ma inną definicję... ja jej poszukuję.
Link 22.09.2008 :: 23:22 Komentuj (3)
Dwa miesiące bez odzewu. Straszna rzecz.
Dwa miesiące super spędzonego czasu i równocześnie zawodów.
Siostra jak postanowiła tak wyszła za mąż. Odbyła już swoją powrót poślubną, jest na nowo w Polsce i pracochłonnie otwiera wszystkie swoje prezenty ślubne.
Młodsza siostra wróciła z Australii, wyściskałyśmy się jak mogłyśmy siebie widząc, gadałyśmy jak najęte i w ogóle. Wciąż tęskni za swoim ukochanym mężczyzną, który do Europy wpadnie dopiero w styczniu. Ona nie zdała na żadne studia, co daje jej możliwość wyjazdu do Londynu (zdała na etnografię wieczorową, ale w sumie nie do końca jej o to chodzi, ona żyje fotografią...)
Starszy brat, niby z domu się wyprowadził ale wciąż do niego zagląda na obiady.
Młodszy brat dalej strasznie leniwy w szkole, ale inteligencja mu rośnie z każdym dniem ku mojemu przerażeniu... Zresztą, nie tylko inteligencja, jego ciało również, drań jest już 6 centymetrów wyższy ode mnie!
A ja... kontynuuję łamanie serc... Szanowny Słowak, pan Rado który-nie-rozumie-bezpośrednich-jak-i-pośrednich-przekazów-że-do-niczego-między-nami-nie-dojdzie tuż przed moim wyjazdem do Polski wyznał mi miłość ku mojemu załamaniu. Za dużo jak na czas wakacyjny... Oczywiście, napisałam mu wielkiego mail'a z wytłumaczeniem, że mi przykro, że nie odwzajemniam i tak dalej. Uspokoił się, wrócił do siebie i tak na razie ani widu, ani słychu.
Inny kumpel, z którym się świetnie dogaduję, i który wpadł dzisiaj do mnie, bo koniecznie chciał się ze mną zobaczyć, a ja mam mnóstwo roboty po powrocie z mojego wyjazdu (wczoraj wieczorem wróciłam...) na do widzenia starał się mnie pocałować w usta. Po mojej reakcji mam nadzieję, że wywnioskował, co trzeba... ale aż boli...
A tak poza tym, to wszystko super. Zajęcia wydają się być wprost boskie na drugim roku, wakacje minęły mi w fantastycznym nastroju... wszystko było super, aż do tego wieczoru. Kiedy Alex starał się mnie pocałować, teraz przed chwilą dostałam od niego sms'a, że spędził super wieczór (oczywiście, nie odpowiem...) i mam perspektywę narysowania storyboard'u do historyjki profesorów, której za cholerę nie rozumiem, i mam na to 6 godzin... prawdopodobnie skończy się na tym, że przetłumaczę sobie tekst, zrobię kilka szkiców, potem na zajęciach scenariusza będę kontynuować i na przerwie przed komiksem, i wtedy na zajęciach zacznie się polka, bo storyboard muszę mieć skończony na środę... Będzie jadka, będzie bolało...
Pozdrawiam wszystkich, którzy w ogóle tu jeszcze wpadają. Idę zrobić sobie herbaty i wykonać seppuku widelcem.
Link 18.07.2008 :: 10:38 Komentuj (2)
Nie ma to jak zwalenie się rodziców na głowę! Ale przynajmniej lodówka pełna i nie muszę pilnować finansów co do żarcia :)
Poza tym, przy okazji może w końcu zwiedzę porządniej Belgię poprzez jednodniowe wypady z nimi.
Przez ostatni tydzień (od poważnej rozmowy z szefem co do tego, że moja efektywność w sprzedaży bardzo spadła) cierpię na (jeszcze większą!) bezsenność, a jeżeli już śpię, to śnię o pracy. Coś chyba za dużo stresu...
Wiadomość o śmierci Geremka wstrząsnęła mną nieźle. Dokładnie w tym samym czasie moi rodzice byli w drodze do Brukseli, przy czym oni byli już w Niemczech. Widziałam się kilkakrotnie z profesorem i to był naprawdę bardzo sympatyczny gość... szkoda go, zarówno jako człowieka, jako i intelektualisty europejskiego. Trwa teraz szaleństwo totalne, nazwać salę nr. 14 w sejmie jego imieniem, jedna sala w Parlamencie Europejskim też będzie poświęcona jego nazwisku. A mój tata ma teraz istne urwanie głowy, bo przejął część funkcji po św.p. profesorze. A mama się wścieka, że jest jeszcze rzadziej w domu. Mam nadzieję, że to wszystko wkrótce się unormuje, inaczej i ja zarażę się tym szaleństwem...
Link 02.07.2008 :: 20:29 Komentuj (2)
No. I zdałam wszystko w pierwszym terminie.
Link 27.06.2008 :: 12:32 Komentuj (0)
W poniedziałek tata przyjechał zgięty w pół. Przesunięty dysk, ma wypoczywać.
Zajmowałam się nim, zachowywał się jak dziecko "Nie ma mowy, abym poszedł do lekarza!".
W końcu pójdzie, ale w Polsce.
Tak się zajmując nim, natchnęła mnie myśl: jest jeden wielki minus, kiedy mieszkasz sam, oddalony od znajomych i tak dalej, którzy mieszkają po drugiej stronie miasta. Kiedy Ty chorujesz, nikt się Tobą zająć nie może. Kiedy masz nagle ochotę na spacer o niemoralnej godzinie, robisz to sam/a, bo kto będzie chciał dopłacać za nocny autobus tylko po to, aby spełnić Twoje dziecięce pragnienie?
...
Cholera...